Jak ja nie lubię soboty, taki przymulający dzień, że aż głowa boli. :) No, ale co tu narzekać jak można sobie popisać, grafikę porobić, czy też spotkać ze znajomymi.
No, a jeśli mowa już o znajomych to niedługo wybywam na otwarcie lodowiska w moim mieście. ;p
Rozdział I:
Dziś
rano dostałam telefon od mojego szwagra. Wszystko byłoby normalne, gdyby nie
to, że prosił mnie o przyjazd do Rzymu. Nie wiedziałam, o co chodzi, ale mimo
to wsiadłam do samolotu pełna obaw i ruszyłam w lot. Przypominały mi się lata
związane z rodzinnym domem. Czas, kiedy razem z ciocią opuściłam miasto, gdyż
nie mogłam poradzić sobie ze stratą ojca. Zaczęłam nowe życie we Francji, a do
rodzinnego gniazdka wracałam tylko do osiemnastych urodzin. Później rozmawiałam
z nimi tylko przez telefon, gdyż chciałam się odciąć. Zacząć nowe życie, które
będzie spełnieniem moich marzeń. Skończyłam liceum biologiczno-chemiczne, a w
tym roku studia medycyny sądowej z wyróżnieniem. Wszystko zaczęło mi się
układać, aż zadzwonił telefon. Nie mogłam odmówić szwagrowi, gdyż był dość
zdenerwowany, w tle było słychać płacz jego i mojej najmłodszej siostry synka.
Zamknęłam oczy i pogrążyłam się w śnie.
* * *
-
Kochanie, choć już do domu! – Usłyszałam wołanie mamy, która jak zwykle
próbowała wciągnąć mnie do domu. – Layla! – Znów dobiegł mnie jej głos, lecz
tym razem był cichszy.
Podbiegłam
do rudowłosej piękności i zauważyłam, że ociera łzy.
-
Mamusiu, co się stało? – Zapytałam głosem małej dziewczynki, a przecież miałam
jedenaście lat.
-
Layla… - zaczęła kobieta, chwytając mnie za ramię. – Twój tata nie żyje. -
Słowa ledwo przechodziły jej przez gardło.
Odwróciłam
się szybko i zaczęłam biec do swojej ulubionej kryjówki. Kiedy znalazłam się
pośród leśnych drzew, można było zauważyć rude wiewiórki i usłyszeć pieśń
ptaków. Poszłam w najmroczniejszą część lasu, gdzie pomiędzy krzakami mieściło
się moje schronienie przed rzeczywistością. To tam mogłam marzyć o życiu, które
było idealne. Odsłoniłam spływające na wejście gałęzie i znalazłam się w
środku. Przypominało to jaskinię z filmów, ale ja zbudowałam to z moim
przyjacielem. Teraz jego nie było wyjechał i zostawił mnie samą, a ja
przeżywałam najgorsze chwile.
* * *
Obudziłam
się i od razu spojrzałam w okno. Oddech miałam ciężki i nie regularny, ale dość
szybko wrócił mi do normalności, gdy zdałam sobie sprawę, że to był tylko sen.
Czasem moje koszmary są bardzo rzeczywiste, wszystko wygląda jakby działo się
teraz, nawet śmierć ojca.
-
Prosimy o zapięcie pasów, podchodzimy do lądowania. – Usłyszałam głos stewardesy
i zrobiłam to, co kazała. Pół godziny później wychodziłam już z lotniska, gdzie
czekał na mnie taksówkarz, mieliśmy jechać prosto pod mój rodzinny dom.
Zapakowałam
walizki, których nie miałam dużo, gdyż nie planowałam zostać tu na długo.
Wsiadłam do samochodu i ruszyliśmy w drogę. Cały czas oglądałam domy, które tu
były bardzo ładne. Każde przyozdobione jakimś szczególnym akcentem. Pięknie
skoszona zielona trwa, a do tego ładnie komponujące się kwiaty w ogródkach jak
i oknach, wszystkie miały różne kolory, co było magiczne.
Cały
Rzym zmienił się od mojego ostatniego pobytu tutaj. Nie był już miastem typowo
katolickim, ale raczej zwyczajnym jak każda inna metropolia.
W
końcu dojechałam na miejsce. Kierowca zatrzymał się na betonowym pojeździe,
wyciągnął moje walizki, a ja po woli wysiadłam z auta. Zapłaciłam mężczyźnie i
udałam się z torbami do środka. Tuż przy wejściu powitał mnie siostrzeniec
ściskając mocno. Uśmiechnęłam się do niego, a kiedy chciałam zacząć coś mówić
do przedpokoju weszła mama.
- Tony
idź do Paula. – Zasygnalizowała do bruneta i zawołała mnie do kuchni. Kiedy
weszłam do pomieszczenia były tam te same meble koloru orzechowego, stół
zrobiony z brzozy stojącej kiedyś przed domem. Do tego cztery krzesła z tego
samego materiału i wykafelkowana podłoga na biało. W kącie stała lodówka, a
obok niej znajdowała się zardzewiała kuchenka. Jedyne, co się zmieniło to widok
za oknem, nie było już pięknej polany, ale dom sąsiada.
-
Co się stało? – Zapytałam się wszystkich obecnych.
W
tym momencie do pokoju wszedł wysoki brunet o kasztanowych oczach, wyraźnych
rysach twarzy i lekkich zmarszczkach na czole i policzkach.
-
Layla… - powiedziała moja matka. Taki sam ton słyszałam tylko raz w życiu, w
dniu, kiedy umarł mój ojciec. Nie chciałam słyszeć reszty wypowiedzi.
Rozejrzałam się po pomieszczeniu i brakowało mi jednej rudowłosej dziewczyny.
-
Nie. – W moich oczach pojawiły się łzy. – Ona nie mogła… - nie byłam w stanie
dokończyć zdania.
-
Juliette nie żyje. – Ten sam ton, te same słowa, tylko inna osoba.
Uklękłam
opierając się o ścianę. Tym razem nie było kryjówki, nie mogłam nigdzie uciec,
bynajmniej tak mi się wydawało. W mojej głowie były tylko słowa matki „nie
żyje”, nie chciały one wyjść z mojej podświadomości, a ja tak bardzo ich nie
chciałam.
Wstałam
i powolnym krokiem udałam się do wyjścia.
-
Gdzie idziesz? – Słyszałam za sobą głosy, ale nie zważałam na nie.
Opuściłam
dom i zaczęłam iść w stronę lasu. Chód po chwili zmienił się w bieg. Ta sama
trasa, drzewa, zwierzęta, ale teraz był także szum strumyczka powstałego przez
ostatnie lata. Doszłam do miejsca, w którym teraz chciałam być. Wyglądało tak
samo, zwykłe krzaki porośnięte gałęziami drzew. Odchyliłam je i zobaczyłam moją
małą jaskinię. Weszłam do środka i usiadłam na ziemi, gdyż w środku już nic nie
było. Zasłoniłam twarz rękami i zaczęłam płakać, tylko tutaj mogłam dać upust
emocją i być niezauważona przez nikogo. Wpatrywałam się w ścianę i cały czas z
moich oczu ciekły łzy, wycierałam je, ale to nic nie pomagało.
Nagle
gałęzie odsłoniły się i ujrzałam twarz mężczyzny. Niebieskie oczy, które
zasłaniała łobuziarska fryzura kruczych włosów. Dołeczki w policzkach i
uśmiech, który zawsze poprawiał mi humor.
-
Layla. – Powiedział do mnie już dorosły mężczyzna. Przytuliłam go, czekając na
odtrącenie jednak on objął mnie ramionami. – Jestem tu.
-
Daniel. – Wyszeptałam przez łzy, które ocierałam w rękaw szatyna.