sobota, 3 listopada 2012

Dobra postanowiłam, że dodam komentarz, ale jeśli nie będzie minimum 3 komentarzy następny rozdział się nie ukaże, gdyż będę to dodawać, jeśli będę wiedzieć, że ktoś czyta.

Jak ja nie lubię soboty, taki przymulający dzień, że aż głowa boli. :) No, ale co tu narzekać jak można sobie popisać, grafikę porobić, czy też spotkać ze znajomymi.
No, a jeśli mowa już o znajomych to niedługo wybywam na otwarcie lodowiska w moim mieście. ;p


Rozdział I:

Dziś rano dostałam telefon od mojego szwagra. Wszystko byłoby normalne, gdyby nie to, że prosił mnie o przyjazd do Rzymu. Nie wiedziałam, o co chodzi, ale mimo to wsiadłam do samolotu pełna obaw i ruszyłam w lot. Przypominały mi się lata związane z rodzinnym domem. Czas, kiedy razem z ciocią opuściłam miasto, gdyż nie mogłam poradzić sobie ze stratą ojca. Zaczęłam nowe życie we Francji, a do rodzinnego gniazdka wracałam tylko do osiemnastych urodzin. Później rozmawiałam z nimi tylko przez telefon, gdyż chciałam się odciąć. Zacząć nowe życie, które będzie spełnieniem moich marzeń. Skończyłam liceum biologiczno-chemiczne, a w tym roku studia medycyny sądowej z wyróżnieniem. Wszystko zaczęło mi się układać, aż zadzwonił telefon. Nie mogłam odmówić szwagrowi, gdyż był dość zdenerwowany, w tle było słychać płacz jego i mojej najmłodszej siostry synka. Zamknęłam oczy i pogrążyłam się w śnie.

*              *              *

- Kochanie, choć już do domu! – Usłyszałam wołanie mamy, która jak zwykle próbowała wciągnąć mnie do domu. – Layla! – Znów dobiegł mnie jej głos, lecz tym razem był cichszy.
Podbiegłam do rudowłosej piękności i zauważyłam, że ociera łzy.
- Mamusiu, co się stało? – Zapytałam głosem małej dziewczynki, a przecież miałam jedenaście lat.
- Layla… - zaczęła kobieta, chwytając mnie za ramię. – Twój tata nie żyje. - Słowa ledwo przechodziły jej przez gardło.
Odwróciłam się szybko i zaczęłam biec do swojej ulubionej kryjówki. Kiedy znalazłam się pośród leśnych drzew, można było zauważyć rude wiewiórki i usłyszeć pieśń ptaków. Poszłam w najmroczniejszą część lasu, gdzie pomiędzy krzakami mieściło się moje schronienie przed rzeczywistością. To tam mogłam marzyć o życiu, które było idealne. Odsłoniłam spływające na wejście gałęzie i znalazłam się w środku. Przypominało to jaskinię z filmów, ale ja zbudowałam to z moim przyjacielem. Teraz jego nie było wyjechał i zostawił mnie samą, a ja przeżywałam najgorsze chwile.

*              *              *

Obudziłam się i od razu spojrzałam w okno. Oddech miałam ciężki i nie regularny, ale dość szybko wrócił mi do normalności, gdy zdałam sobie sprawę, że to był tylko sen. Czasem moje koszmary są bardzo rzeczywiste, wszystko wygląda jakby działo się teraz, nawet śmierć ojca.
- Prosimy o zapięcie pasów, podchodzimy do lądowania. – Usłyszałam głos stewardesy i zrobiłam to, co kazała. Pół godziny później wychodziłam już z lotniska, gdzie czekał na mnie taksówkarz, mieliśmy jechać prosto pod mój rodzinny dom.
Zapakowałam walizki, których nie miałam dużo, gdyż nie planowałam zostać tu na długo. Wsiadłam do samochodu i ruszyliśmy w drogę. Cały czas oglądałam domy, które tu były bardzo ładne. Każde przyozdobione jakimś szczególnym akcentem. Pięknie skoszona zielona trwa, a do tego ładnie komponujące się kwiaty w ogródkach jak i oknach, wszystkie miały różne kolory, co było magiczne.
Cały Rzym zmienił się od mojego ostatniego pobytu tutaj. Nie był już miastem typowo katolickim, ale raczej zwyczajnym jak każda inna metropolia.
W końcu dojechałam na miejsce. Kierowca zatrzymał się na betonowym pojeździe, wyciągnął moje walizki, a ja po woli wysiadłam z auta. Zapłaciłam mężczyźnie i udałam się z torbami do środka. Tuż przy wejściu powitał mnie siostrzeniec ściskając mocno. Uśmiechnęłam się do niego, a kiedy chciałam zacząć coś mówić do przedpokoju weszła mama.
- Tony idź do Paula. – Zasygnalizowała do bruneta i zawołała mnie do kuchni. Kiedy weszłam do pomieszczenia były tam te same meble koloru orzechowego, stół zrobiony z brzozy stojącej kiedyś przed domem. Do tego cztery krzesła z tego samego materiału i wykafelkowana podłoga na biało. W kącie stała lodówka, a obok niej znajdowała się zardzewiała kuchenka. Jedyne, co się zmieniło to widok za oknem, nie było już pięknej polany, ale dom sąsiada.
- Co się stało? – Zapytałam się wszystkich obecnych.
W tym momencie do pokoju wszedł wysoki brunet o kasztanowych oczach, wyraźnych rysach twarzy i lekkich zmarszczkach na czole i policzkach.
- Layla… - powiedziała moja matka. Taki sam ton słyszałam tylko raz w życiu, w dniu, kiedy umarł mój ojciec. Nie chciałam słyszeć reszty wypowiedzi. Rozejrzałam się po pomieszczeniu i brakowało mi jednej rudowłosej dziewczyny.
- Nie. – W moich oczach pojawiły się łzy. – Ona nie mogła… - nie byłam w stanie dokończyć zdania.
- Juliette nie żyje. – Ten sam ton, te same słowa, tylko inna osoba.
Uklękłam opierając się o ścianę. Tym razem nie było kryjówki, nie mogłam nigdzie uciec, bynajmniej tak mi się wydawało. W mojej głowie były tylko słowa matki „nie żyje”, nie chciały one wyjść z mojej podświadomości, a ja tak bardzo ich nie chciałam.
Wstałam i powolnym krokiem udałam się do wyjścia.
- Gdzie idziesz? – Słyszałam za sobą głosy, ale nie zważałam na nie.
Opuściłam dom i zaczęłam iść w stronę lasu. Chód po chwili zmienił się w bieg. Ta sama trasa, drzewa, zwierzęta, ale teraz był także szum strumyczka powstałego przez ostatnie lata. Doszłam do miejsca, w którym teraz chciałam być. Wyglądało tak samo, zwykłe krzaki porośnięte gałęziami drzew. Odchyliłam je i zobaczyłam moją małą jaskinię. Weszłam do środka i usiadłam na ziemi, gdyż w środku już nic nie było. Zasłoniłam twarz rękami i zaczęłam płakać, tylko tutaj mogłam dać upust emocją i być niezauważona przez nikogo. Wpatrywałam się w ścianę i cały czas z moich oczu ciekły łzy, wycierałam je, ale to nic nie pomagało.
Nagle gałęzie odsłoniły się i ujrzałam twarz mężczyzny. Niebieskie oczy, które zasłaniała łobuziarska fryzura kruczych włosów. Dołeczki w policzkach i uśmiech, który zawsze poprawiał mi humor.
- Layla. – Powiedział do mnie już dorosły mężczyzna. Przytuliłam go, czekając na odtrącenie jednak on objął mnie ramionami. – Jestem tu.
- Daniel. – Wyszeptałam przez łzy, które ocierałam w rękaw szatyna. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz